Spis treści
Gdzieś w magazynie pod Poznaniem stoi paleta z bluzkami, których nikt nie chce. Zostały zamówione w grudniu, zwrócone w styczniu, sprawdzone w lutym. Teraz czekają. Nie na nowego właściciela - czekają na decyzję, która w większości firm handlowych ma zawsze ten sam koniec: przecena poniżej kosztów albo utylizacja. Żaden z tych scenariuszy nie pojawia się w prospektach inwestorskich. Oba jednak są wpisane w każdy rachunek wyników każdego sklepu, który przez ostatnią dekadę budował wzrost na jednej obietnicy: kup, a jeśli nie pasuje - odeślij za darmo.
Rok 2025 przyniósł ostateczne rozliczenie z tą obietnicą.
Według raportu National Retail Federation, wartość zwróconych towarów w globalnym handlu detalicznym osiągnęła w minionym roku 849,9 miliarda dolarów - równowartość 15,8 procent całej sprzedaży. W samym e-commerce wskaźnik zwrotów sięgnął 19,3 procent wszystkich transakcji. W branży modowej, gdzie klienci od lat praktykują tzw. bracketing - zamawianie kilku rozmiarów z zamiarem odesłania większości - odsetek ten potrafi przekroczyć czterdzieści procent. Liczby te nie są anomalią. Są logicznym skutkiem modelu, który przez lata traktował "darmowy zwrot" jak narzędzie marketingowe, nie jak zobowiązanie z realnym kosztem.
"Sklepy same sobie zafundowały ten problem" - mówi jeden z analityków rynku e-commerce, pragnący zachować anonimowość. "Darmowy zwrot przez lata był bronią w wojnie cenowej między platformami. Dziś jest pułapką, z której nikt nie wie jak wyjść."
Ekonomia niemożliwej obietnicy
Mechanizm jest prosty, lecz zabójczy w skali. Każdy odesłany produkt przechodzi sekwencję kosztów, które klient nigdy nie widzi: transport powrotny, przyjęcie na magazyn, weryfikacja stanu, opis, fotografia, ponowne wystawienie - lub, przy gorszym stanie, utylizacja. W Wielkiej Brytanii koszt obsługi jednego zwrotu wynosi nawet jedenaście funtów. W Polsce dane te nie są jeszcze szeroko publikowane, lecz operatorzy logistyczni szacują, że przy rosnących cenach paliwa - ropa Brent oscyluje w marcu 2026 roku wokół stu trzech dolarów za baryłkę - rzeczywisty koszt jednej operacji zwrotnej zbliża się do ośmiu złotych, nie licząc kosztów magazynowania.
Jednocześnie rynek nie oferuje wyjścia. Aż 93 procent konsumentów sprawdza politykę zwrotów przed dokonaniem zakupu - wynika z danych zbieranych przez Izbę Gospodarki Elektronicznej. 82 procent przyznaje wprost, że dostępność darmowego zwrotu jest jednym z głównych kryteriów wyboru sklepu. A 57 procent deklaruje, że nie wróci do marki, która pobierze choćby symboliczną opłatę za odesłanie paczki. Rok wcześniej tę deklarację składało czterdzieści procent. Kierunek jest jednoznaczny.
Marki takie jak Zara czy H&M podjęły ryzyko i zaczęły pobierać opłaty za zwroty. Reakcja rynku była natychmiastowa i niejednoznaczna: część klientów odeszła, część zaakceptowała nowe warunki, analitycy spierają się, który efekt jest trwalszy. Pewne jest jedno - epoka zwrotu jako bezwarunkowego prawa klienta dobiega końca, a branża desperacko szuka modelu, który zastąpi stary system czymś bardziej wydolnym finansowo i środowiskowo.
Towar wraca. I czeka.
Problem nie leży jednak wyłącznie w koszcie transportu zwrotnego. Leży w tym, co dzieje się z produktem po powrocie na magazyn. Zdecydowana większość firm e-commerce nie dysponuje sprawnym procesem "second life" dla zwróconego towaru. Produkt wraca, zostaje sprawdzony, opisany jako "zwrot klasy A" lub "zwrot klasy B" - i znika w cieniu operacyjnym firmy. Ląduje na przecenie w outletowym kącie strony, jest sprzedawany hurtowo poniżej kosztów wyspecjalizowanym skupom, albo trafia do utylizacji. Każdy z tych scenariuszy to strata - różni się tylko jej skalą.
"Zwrot to moment, w którym firma decyduje, czy traktuje produkt jako aktywo czy jako odpad" - mówi analityk rynku logistyki e-commerce z Warszawy. "Większość firm wybiera drugie wyjście, bo pierwsze wymaga procesu, którego nie mają."
To właśnie w tej luce - między zwrotem a nowym właścicielem - powstaje rynek, który analitycy coraz częściej nazywają recommerce. Nie jako trend, lecz jako infrastrukturę dla problemu, który branża przez lata próbowała ignorować.
Recommerce: infrastruktura, nie ideologia
Pojęcie "recommerce" - rozumiane jako zorganizowany wtórny obieg produktów, szczególnie zwrotów i nadwyżek magazynowych - zaczęło pojawiać się w dokumentach strategicznych europejskich firm logistycznych i detalicznych w 2023 roku. Dwa lata później jest już elementem planowania operacyjnego w najbardziej dojrzałych organizacjach handlowych.
Mechanizm jest elegancki w swojej prostocie: sprzedawca zamiast zarządzać zwrotem samodzielnie - oddaje go do platformy, która klasyfikuje, opisuje i sprzedaje produkt kupującemu świadomie szukającemu towaru z outletu lub zwrotu. Sprzedawca odzyskuje część wartości. Kupujący płaci mniej. Produkt nie trafia do utylizacji. Każda ze stron zyskuje coś wymiernego.
W Polsce ten model reprezentuje między innymi platforma Taniey.pl, która w ciągu kilku miesięcy działalności zgromadziła dwa tysiące sprzedawców aktywnie upłynniających zwroty i nadwyżki. Kategorie są szerokie: elektronika, odzież, sprzęt sportowy, artykuły do domu, zabawki, kosmetyki. "To nie jest niszowy segment dla okazjonalnych kupujących" - mówi jeden z założycieli platformy. "To odpowiedź na strukturalny problem kosztowy, który branża ma od lat i który przy obecnych cenach paliwa i logistyki staje się po prostu niemożliwy do dalszego ignorowania."
Polska i Europa: rynek, który dopiero dojrzewa
Na tle Europy Zachodniej polski rynek recommerce jest we wczesnej fazie. Wartość krajowego e-commerce przekroczyła w 2025 roku 92 miliardy złotych, rośnie w tempie kilkunastu procent rocznie, a liczba paczkomatów InPost zbliża się do 30 tysięcy urządzeń - co sprawia, że infrastruktura dostawy dla wtórnego obiegu produktów jest de facto gotowa. Problemem nie jest logistyka, lecz mentalność - zarówno sprzedawców, którzy traktują zwroty jako operacyjną uciążliwość, jak i kupujących, którzy wciąż ostrożnie podchodzą do towaru z "drugą historią".
Dane europejskie pokazują jednak wyraźny trend. Według prognoz EY i Bain & Company, europejski rynek recommerce - obejmujący platformy resale, outlet i wtórny obieg towarów pohandlowych - ma do 2028 roku osiągnąć wartość 120 miliardów euro. Dla porównania, w 2022 roku był wyceniany na około 40 miliardów. Tempo wzrostu, trzy razy szybsze niż rynek pierwotny, nie jest przypadkowe. Jest matematyczną konsekwencją systemu, który stworzył problem, zanim zdążył stworzyć rozwiązanie.
Konkluzja: od kosztu do kanału
849 miliardów dolarów zwróconych towarów rocznie brzmi jak katastrofa systemowa. W innym ujęciu jest to jednak informacja o możliwości: istnieje kolosalna ilość towaru, który ma wartość i szuka nowego właściciela. Recommerce nie jest odpowiedzią na modę na ESG ani na presję regulacyjną Unii Europejskiej. Jest odpowiedzią na rachunek wyników - surowym, pragmatycznym rozwiązaniem dla firm, które muszą zamienić linię kosztową w źródło przychodów.
Paleta bluzek pod Poznaniem wciąż stoi. Ale coraz więcej firm zaczyna rozumieć, że zamiast decydować, kiedy ją zutylizować - mogą zdecydować, kiedy ją wystawić.
Dane o wartości zwrotów globalnych za raportem National Retail Federation (NRF), 2025. Dane dotyczące zachowań konsumentów za raportem Izby Gospodarki Elektronicznej oraz badaniem ISO Trade. Dane o rynku e-commerce w Polsce za GUS i PMR.
Dom i ogród
Dziecko
Elektronika
Firma i usługi
Kolekcje i sztuka
Kultura i rozrywka
Moda
Motoryzacja
Sport i turystyka
Supermarket
Uroda
Zdrowie